konkurs z zupą w tle

Obiecałam konkurs? Obiecałam! Ba, obiecałam nawet dwa! :) I dziś zapraszam Was do udziału w pierwszym z nich :)

Co możecie wygrać? Zwycięzca otrzyma ode mnie i od marki WINIARY, która jest sponsorem nagród:

– komplet miseczek do zapiekania zup (w komplecie znajdują się 4 sztuki miseczek)

oraz

– zestaw produktów “Pomysł na… zupę” gdzie w skład każdego zestawu wejdą:

4 sztuki “Pomysł na… francuską zapiekaną zupę cebulową”,

4 sztuki “Pomysł na… tajską zupę z kurczakiem”

4 sztuki “Pomysł na… węgierską zupę gulaszową”

Dodatkowo, 4 wyróżnione przeze mnie osoby otrzymają zestawy produktów “Pomysł na… zupę” w takim samym składzie jak zwycięzca konkursu :)


konkurs winiary zupy

Co musicie zrobić? W komentarzu pod tym wpisem opowiedzieć dowolną historię zaczynającą się od słów “Gdy byłem mały…” / “Gdy byłam mała…”, w której istotną rolę będzie odgrywać ZUPA.

Na Wasze odpowiedzi czekam do niedzieli, do 24 lutego. Rozwiązanie konkursu nastąpi 25 lutego. Nagrodzone zostaną oczywiście najciekawsze moim zdaniem odpowiedzi :)

Ps. Nie jest to warunek konieczny udziału w konkursie, ale będzie mi bardzo miło, jeśli przy okazji polubicie moją stronę na Facebooku :)

Nie zapomnijcie też zostawić swoich danych kontaktowych w formularzu odpowiedzi!

  • Dominika Górska

    Gdy byłam mała babcia zawsze pyszną zupę pomidorową z ryżem dla mnie gotowała.

  • Martyna

    Gdy byłam mała byłam małym niejadkiem. A szczególnie nie lubiłam zupy, która obowiązkowo pojawiała się na naszym rodzinnym stole w niedziele – rosołu. Ale mój tata nauczył mnie jeść rosół. A mianowicie, siedziałam nad talerzem tej zupy tak długo, aż jej nie zjadłam! Czasem trwało to godzinę, czasem dwie. I w ten sposób przekonałam się, że zimny rosół jest tysiąc razy gorszy od gorącego. Choć metoda mojego ojca była dość brutalna, jestem mu bardzo wdzięczna, bo teraz jest to jedna z moich ulubionych zup i nie mogę sobie wyobrazić niedzieli bez rosołu! :)

  • Gdy byłam małą mój tato ugotował zupę pomidorową, wszystko pięknie ładnie siadam do stołu. Tato stawiam przede mną talerz zupy i mówi “smacznego”. “Dziękuję”. Kilka łyżek i czuje coś czego czuć nie powinnam, kwas, sól i ledwo wyczuwalny smak koncentratu pomidorowego. Nie chcąc robić przykrości tacie zjadłam CAŁĄ ! Mija kilka godzin i mama wraca z pracy, nakłada sobie zupę, siada do stołu. Pierwsza łyżka którą wzięła do ust wylądowała wypluta na calutkim stole. Zdziwienie i wybuch śmiechu z mojej strony był natychmiastowy. Jednak słowa mamy do taty były najlepsze “Co to ma być? Człowieku czy ty nie masz smaku, toż tego się przełknąć nie da i Ty to dziecku dałeś?”. I zdanie do mnie “kochanie czy Ty to zjadłaś?”, “Tak mamusiu czułam że było dziwne ale zjadłam” “Biedne dziecko”.

  • Iza

    Gdy byłam mała, byłam bardzo wybredna w kwestii jedzenia. Przeogromnie marudny niejadek ze mnie był. Nie przepadałam za absolutnie żadnym dodatkiem do ziemniaków (Mięso? Nieee, warzyw też nie lubię!), więc jadałam głównie zupy. Ale żeby nie było to zbyt proste, to jedyną rzeczą, którą tolerowałam pływającą w mojej zupie był makaron. To była prawdziwa udręka w szkolnej stołówce, zawsze wychodziłam stamtąd ostatnia, bo panie kucharki i opiekunka dosłownie stały nade mną i powtarzały, że nie odejdę od stołu, dopóki wszystkiego nie zjem. W końcu mój starszy brat wpadł na pewien pomysł. Kazał mi jeść z zawiązanymi oczami. Owszem, wszystko dookoła było ochlapane i trzeba to było potem sprzątać, ale gdyby nie ta, nie powiem – rewolucyjna metoda, to dużo więcej czasu potrzebowałabym na dojście do wniosku, że te marchewki i brukselki to jednak jadalne są, no kto by pomyślał ;)

  • Krótko i na temat – Gdy byłam mała, nie jadałam zup, bo mi nie smakowały :P Do dziś nie często je jem :)

  • Agnieszka

    Gdy byłam mała chętnie podpatrywałam, jak moja mama robi zupy, a później sama na podwórku ją naśladowałam i gotowałam zupę dla rodzeństwa (z dodatkiem piasku, listków koniczyny, kwiatów mlecza i stokrotek) ;))

  • Alicja Monczakowska

    Kiedy byłam mała chyba każda zupa mi smakowała. Ale te, do których wzdycham to zupa pomidorowa z cieniuteńkimi lanymi kluseczkami, pachnący wędzonką barszcz ukraiński z czerwoną fasola i chrupiącymi kawałkami buraczków a także zupa nic, którą tylko raz zrobiła moja babcia. Pamiętam też gęste zupy warzywne tzw. eintopfy (u nas ańtop) , za którymi wybitnie nie przepadałam. Spoza domu pamiętam też przepyszną zupę ze schroniska pod rysami. Nie wiem czy to kwesta zmęczenia, górskiego powietrza czy umiejętności kucharza ale do dziś pamiętam ciągnący się w niej ser. Rozmarzyłam się….

  • aga

    Gdy byłam mała, babcia często dla mnie zupy gotowała,
    i powtarzała: zupy są smaczne, lekkie i zdrowe,
    ogrzeją zimą, latem dadzą ochłodę.
    Jednak będąc dzieckiem zup nie lubiłam
    i dopiero w dorosłym życiu ich wartość odkryłam.

  • Łucja Kobroń

    Gdy byłam mała uwielbiałam pomagać mamie w kuchni. Zawsze dawała mi jakieś drobne zajęcie a ja czułam się jak dorosła. Pewnego dnia razem z kuzynką przyglądałyśmy się jak mama gotuje zupę ogórkową. Chciałyśmy jej jakoś pomóc ale mówiła ,że innym razem. Siedziałyśmy i nudziłyśmy się. Po czasie mama powiedziała, że musi na chwilkę iść do sąsiadki a potem doda jeszcze zieleninę do zupy i będzie gotowa. Od razu z kuzynką stwierdziłyśmy, że dodanie zieleniny to nasze zadanie. Nie zrozumiałyśmy dokładnie co mama miała na myśli mówiąc “zielenina” ale poszłyśmy do ogródka i zerwałyśmy troche trawy i zielonych kwiatków. Potargałyśmy na drobne kawałki i wrzuciłyśmy do zupy. Jakie było zdziwienie mamy gdy zobaczyła dokończoną zupę. Do dziś nam tą historię wypomina przy spotkaniach rodzinnych i ile jest przy tym śmiechu.

  • Ela

    Gdy byłam mała strasznie ciężko było mnie namówić do zjedzenia czegokolwiek poza frytkami i naleśnikami. Jedyną zupą jaką jadłam chętnie i bez grymaszenia była zupka ziemniaczana ugotowana przez mojego tatę. Gotował tylko gdy mamy nie było w domu i co najśmieszniejsze potrafił ugotować tylko to, no i jeszcze jajecznicę na boczku:) Gotował od razu największy garnek jaki był w domu i max. 2 dni i jej nie było.
    Robił ją rewelacyjnie, nie pozwalał nam zaglądać do kuchni jak ją robił, miał swoje sekretne składniki, no i sam wcześniej robił stosowne zakupy.
    Ta zupa była wspaniała, idealnie doprawiona, gęsta, dość tłusta (podejrzewam że robiona na wołowinie), syta – nigdy nikt z nas ani ja ani moi bracia nie kończyliśmy na 1 talerzu a do tego była jeszcze pajda chleba (grubo ukrojona bo tata tylko tak potrafił kroić chleb).
    Ta zupa to moje jedno z najfajniejszych wspomnienie po moim nieżyjącym już tacie. aż mi się łezka zakręciła jak to piszę:)

  • Martynica

    Gdy byłam mała
    żadna potrawa mi nie smakowała,
    mama ciągle narzekała
    i cudeńka w kuchni czarowała.
    Najsmaczniejsze kotlety,
    przepyszne pulpety,
    w panierce ziemniaczki,
    przyprawione flaczki,
    szarlotka puszysta,
    kremówka złocista
    – nic mego podniebienia nie zachwycało.
    Jedynie jedzenie zup mi życie dawało,
    warzywa, jarzyny, owoce i grzyby,
    czasem zaś nawet ryby,
    a wszystko pływa w smakowitej polewce,
    dla mego żołądka rozgrzewce.
    Zupy kocham za witaminy,
    które dają dla zdrowej dziewczyny,
    za niezwykły smak
    od tylu lat!
    Zupy! Najdroższe Wy moje,
    Wy uleczycie chorowitka znoje,
    Wam złoty medal za samo istnienie,
    pod Wami z rozkoszy ugina się podniebienie!

  • renatak0

    Gdy, byłam mała moją zupą-zmora była zupa buraczkowa na ogonach.Nie nie pyszny barszczyk a własnie buraczkowa.Pływały w niej tłuste kawałki świnskich ogonów, buraczków.Była zaciągnięta mąką. Nie wiedzic czemu moja mama namiętnie ją gotowała a ja w te dni miąłam ścisły obiadowy post bo nawet nie mogłam na nia spojrzec. Mam uraz do dzisiaj, dlatego moim dzieciom gotuję pyszne ,kolorowe i nietłuste zupki ze wszystkich stron świata by mogły wyrobić sobie gust kulinarny a nie wakczyc ze zgraja ogonów w zupie

  • agf

    Gdy byłam mała miseczka zupy całym garnkiem mi się wydawał.
    Siedziałam przy stole jadłam i jadłam, nieraz chyba nawet przy tym zbladłam.
    Wiosłowałam łyżką, a ona wciąż tam była, jakby jakaś siła ją dna pozbawiła ;)
    Teraz za to zupa prędko znika z talerza mojego, ale i tak mam problem -synka mojego.
    Widać historia kołem się toczy, zupę lubią dorośli, ale dzieci ona dalej nie zauroczy ;)

    a.filipowska@poczta.onet.pl

  • Joanna

    Gdy byłam mała, zup jeść nie chciałam
    warzywa dokładnie z niej wybierałam
    na widok cebuli bladłam
    a gdy widziałam czosne wcale zupy nie jadłam
    mam ręce załamywała
    i specjalnie cebulę, por i czosnek wyławiała
    pietruszkę i seler drobno ścierała
    i bardzo się starała
    żebym zupy pokochała
    i zdrowo dorostała
    celu dopięła i zupy chętnie jadam
    ale teraz ja z sił opadam
    do zup przekonując dzieci swoje
    i o zdrową dietę ich tocząc boje.

  • anka

    Gdy byłam mała uwiwlbiałam przyglądać się jak gotyje mój tato. To on był moim mistrzem kuchni. I nauczycielem co i jak należy gotowć czy piec. Pamietam siebie opartą o blat stołu kuchennego i z zachwytem w oczach wpatrywałam się jak ona sieka warzywa naciera mięsa itd. Pamiętam też jak któregos dnia miał ugotować barszcz biały… I jakoś tak wyszło, że wyszła mu czosnkowa. Do dziś pamiętam jej smak… Była to absolutnie najlepsza zupa jaką w życiu jadłam:) Później wielokrotnie próbowliśmy oddtworzyć ten smak… Nie powiem do dziś dnai tata jest mistrzem zupy czosnkowej, ale tamten pierwszy smak do końca życia będzie przypominał mi o wspólny gotowaniu z moim szefem kuchni:)

  • Dominka

    Gdy byłam mała, zupa wrogiem mym się stała. Gdyż fasolka w niej pływała i niechlujnie wyglądała. Mama,dziecko swe kochała to fasolkę wyławiała. Ta historia ma swój finał, lepsza zupa jest, niż szpinak.

  • dagstar

    Kiedy byłam mała nie chodziłam z kluczem na szyi, bo w domu królowała babcia Marcjanna. Kiedy wracałam po szkole już w korytarzu mojego bloku pachniało czymś pysznym co babcia przygotowywała na obiad dla swojej ukochanej wnuczki – czyli dla mnie. Kiedy wchodząc do klatki schodowej czułam zapach przysmażonego boczku i czosnku wiedziałam, że na obiad szykuje się zupa tzw. .”zalewajka”. Nie wiem czemu babcia tak ją nazywała, ale ta prosta potrawa była przebojem mego dzieciństwa. Zawsze patrzyłam z podziwem na zgrabne ruchy babcinych rąk krojących, siekających czy lepiących pierogi z serem i marzyłam, że kiedyś będę podobna do mamy mojej mamy, tej która wychowała gromadkę dzieci, zawsze wiedziała kiedy pogłaskać, a kiedy “ochrzanić” i umiała pocieszyć podsuwając coś pysznego do zjedzenia. Na ostatnim roku studiów wyszłam za mąż, głowę miałam pełną marzeń o cudownej pracy nauczycielki, o dużej rodzinie, o pięknym domu. Doskonale umiałam zrecenzować książkę czy napisać esej, ale ugotować umiałam jedynie … herbatę. Bo kochając babcię jednak nie do końca wierzyłam jej, że w życiu przydaje się coś więcej niż tytuł magistra i znajomość poetów. Zaczęłam prowadzić własny dom. Z czasem nauczyłam się naśladować kuchenne wyczyny babci i dochowałam gromadki dzieci. Niestety okazało się że życie nie przystaje do marzeń, że ciekawa praca zawodowa nie do końca idzie w parze z wychowywaniem moich brzdąców. I musiałam podjąć decyzję w kwestii co jest dla mnie ważniejsze :dom, rodzina czy spełnienie zawodowe. Wybrałam dom i zostawiłam pracę. Gdzieś na dnie serca zawsze jednak towarzyszył mi żal za tym co zostawiłam i pytanie czy mój wybór był dobry.
    W życiu są takie momenty, takie kamienie milowe, gdy wszystko nagle nabiera sensu, gdy elementy układanki jak puzzle wskakują na swoje miejsce i zaczynają tworzyć konkretny obraz. I mnie to się przydarzyło. Wyprawiłam starszą czwórkę dzieci do szkoły i stałam przy kuchennym blacie przygotowując babciną “zalewajkę”, wspominając babcię, minione lata i spoglądając na młodsze dzieciaki. Dorotka ( wtedy 3 lata)i Tomek (5 lat) siedzieli przy kuchennym stole zajęci lepieniem z masy solnej długich wężyków i zadawaniem mi mnóstwa pytań typu “mama, a co wolałabyś mieć jedno oko czy dwie żony?”, albo ” a czemu toaleta w domu nie jest płatna”. W tym samym czasie Franek (1,5 roku) wyrzucał z kojca wszystkie zgromadzone tam zabawki co chwilkę wybuchając radosnym śmiechem – i właśnie w tym momencie kiedy doleciał do mnie czosnkowo – octowy zapach zupy z dziecięcych lat poczułam się tak szczęśliwa jak ta mała uczennica wracająca do domu w którym czeka ukochana babcia. Wszystkie dręczące mnie pytania zniknęły i już wiedziałam, byłam pewno że dokonałam właściwego wyboru, że moje życie jest pełne sensu i miłości. Że ucząc dzieciaki jak trzymać nożyczki czy lepić stworki z masy solnej czy po prostu śmiejąc się razem z Franiem, czy wkładając całe serce w obiad dla powracających ze szkoły głodomorów jestem SZCZĘŚLIWA i spełniona. I chociaż umiem dzisiaj upiec cudowny tort węgierski i przygotować zupę z muli to wraz z zapachem zwykłej “zalewajki” wraca do mnie zawsze wspomnienie dzieciństwa i poczucie radości z tego jaka i kim jestem. Czy jestem podobna do babci Marcjanny? Nie wiem. Ale zalewajkę robię równie dobrą – co potwierdza nawet mój mąż:)

  • Gdy byłam małą uwielbiałam(wciąz uwielbiam) barszcz ukraiński,pamietam jak mama gotowala zawsze ogromny gar który mial wystarczyc na 2 dni.
    któregos dnia zostałam z tym garem zupy sama,tzn rodzice byli w pracy a ja po powrocie ze szkoły mialam sobie odgrzac,zjesc i wyjsc na dwór sie bawić.
    ale ja wolałam “wyżerać” tę zupe prosto z gara,chochlą( nawet nie podgrzewałam)
    i tak wyżerałam, co przyszłam do domu chochelka, za godzinę chochelka…..az pół garnka wyjadłam.
    rodzice wiedzieli jak lubie barszcz wiec jak wrocili do domu,podnieśli pokrywkę a tam połowa,usmiali si ei powiedzieli”ehhh wyparowała”

    ps.do dzis wyjadam barszcz ukraiński prosto z garnka,tak lepiej smakuje:)

    pozdrawiam
    Olcia

    oluska86@interia.pl

  • Agnieszka Kurłowicz

    Gdy byłam mała, to mimo tego, że nie mieszkałam na wsi, dziadkowie, z którymi miszkałam razem w domu, dawali mi obraz życia na wsi. We wtorek po rynku do dziadka przychodzili kupcy, którzy chcą przemielić mąkę ze swieżo zakupionego zboża, babcia pracowała w tym czasie w ogrodzie. Lata były wtedy bardziej upalne, lecz nikt nie narzekał. Przed domem pachniało więc sianem dla konia, które dziadek kosił kilka dni wczesniej, i rumiankiem, który rósł nieopodal domu. Z okresu wakacji najmilej wspominam babcine obiadki, a w szczególności zupę ze świeżej botwinki. Dziadek ubijał kurę na wywar, babcia ją przyrządzała i juz niedlugo po domu roznosił się zapach młodych buraczków, prosto z ogrodu, które wraz z pozostałymi, przydomowymi warzywkami, gotowaly się w swojskim wywarze. Do tej pory jest to moja ulubiona zupa.

  • Michał

    Gdy byłem mały, spędzałem ferie u swojej babci. Podczas jednych z nich akurat jadłem smacznie obiad, kiedy moja babcia robiła porządki w jadalni. Chciałem pomóc, ale babcia jak to babcia – najważniejsze było żebym się najadł “zanim wystygnie”. Los figlarz sprawił jednak, że babcia musiała na chwilę przerwać swoje obowiązki i wyjść poza dom. Niewiele się zastanawiając więc gąbkę i porównując żółty płyn z babcinej miski do talerzu rosołu, stwierdziłem, że obie substancje wyglądają dość podobnie i mocząc gąbkę w zupie, rozpocząłem polerowanie ścian. Wszystko szło bardzo dobrze, ściany nabierały blasku, a ja pękałem z dumy. Niestety, w dokończeniu pracy przeszkodził mi powrót babci, która, nie wiedzieć czemu, natychmiast wyrwała mi gąbkę z ręki, wylała zupę do zlewu i usiadła z głową między rękoma na krześle. Długo nie rozumiałem dlaczego moja pomoc tak bardzo rozczarowała babcię, ale dzisiaj już nieco się domyślam. Sporo szczęścia, że boazeria nie wpiła rosołu i dała się dość szybko doprowadzić do kultury.; )

  • Gabriela

    Gdy byłam mała, to uwielbiałam się przyglądać jak moja babcia gotowała wspaniałe zupy podbijane śmietanką, potem pałeczkę przejęła mama, która przekazywała mi tajniki sztuki gotowania idealnie klarownych i przepysznych zup, teraz kiedy sama jestem mamą dużo eksperymentuję ale zupa zawsze ma być idealnym i przepysznym pierwszym daniem i chociaż u mnie królują zupy-krem wracam pamięcią do czasów “kiedy byłam mała………” bo są to czasy niezapomniane i wyjątkowo pachnące codziennie inną zupą:-)

  • Maria

    Gdy byłam mała, straszliwe obrzydzenie czułam do zupy szczawiowej. Sama nazwa skrzywiała rysy mojej pucołowatej twarzy w okropne grymasy! Kiedy babciny garnek do zaoferowania na obiad miał jedynie szczawiową, zmuszona byłam do jedzenia suchego chleba i barwionych chrupków, które przemycał mi Dziadek. Jednakże moja Babcia, sprytny umysł schowany pod chustką w ludowe wzory, oszukała mnie, podsuwając pod nos odcedzoną szczawiową i beszczelnie wmawiając, że to biały barszcz. Jadłam łapczywie, aż uszy mi się trzęsły, a gdy skończyłam, a Babcia z triumfem przyznała się go małego przekrętu, być może powinnam oskarżyć ją o zdradę, jednak moje kubki smakowe domagały się dokładki. Słowo “szczawiowa” straciło swój straszny, rodem z horroru wydźwięk i stało się pierwszą pozycją w menu moich ulubionych potraw.

  • moni_lp

    Gdy byłam mała jadłam najdziwniejszą zupę na świecie. Babcia karmiła nas nią co 2 dzień. Jej wykonanie było wyjątkowo proste: pokruszony chlebek, łyżka smalcu ze skwarkami, odrobina soli i na koniec gorąca woda. Chyba nie muszę Wam pisać jak bardzo nienawidziłam tej “zupy”. Dziś już nie ma babci, nie ma zupy. Tylko jedno zastanawia człowieka – dlaczego nie idzie odnaleźć tego smaku? Kiedyś próbowałam z czystej ciekawości zrobić taką zupę, ale bez babci to już nigdy się nie uda….

  • Gdy byłem mały jadłem rozne potrawy i różne zupy. Zupy jedliśmy co najmniej trzy razy w tygodniu a w niedzielę po mszy jedliśmy zawsze rosół. Byłon czymś wyjątkowym. Cała rodzina czekała cały tydzień. Raz był przyrządzony tradycyjnie na kurczaku, raz na kaczce. Wszyscy jedli z przyjemnoscia. Co ciekawe, nikt nie nazwałby rosołu zupą. To było coś dużo wiecej. Zupa to zupa, rosół to inna kategoria. nie zaliczałem jej nigdy do zup. Była czymś ponadto. Zawsze sięirytowałem, gdy ktoś ją tak klasyfikował. Pozostalo mi to do dziś. Żona, jakwszyscy mowi,ze to zupa. Mnieto ta klasyfikacja denerwuje i zawszeją poprawiam :)

  • Anna

    Gdy byłam mała świat był piękny i kolorowy w moich oczach, a ja miałam wielki apetyt na życie. Uwielbiałam jeść. Cieszyły mnie różne smaki specjalne i zupełnie nie rozumiałam niejadków marudzących przy zielonym szpinaku. Moja mama nienawidziła gotować, więc stołówki, plackarnie, bary z tostami, obiady u rodziny lub w domach znajomych dzieci były dla mnie cudowną krainą. Nie wyobrażałam sobie obiadu bez zupy, każdy smaczny łyk rozgrzewał mój żołądek. Solniczka na stole to ważny symbol dla mnie. Gęsta pomidorowa zabielona z makaronem konkuruje z wigilijnym barszczem ciotki o pierwsze miejsce na liście. Zupa jarzynowa jest wielu odsłonach i ciągle poszukiwałam tej najlepszej. Zupa ogórkowa była orzeźwiająca i smaczna. Zupa grzybowa i szpinakowa czekały aż dorosnę i sama je ugotuję. Żurek i krupnik to niedobra para, której nie lubię od dziecka. Fascynacja stołówkami popchnęła mnie w stronę restauracji i sztuki kulinarnej. Pozytywna zazdrość pysznych obiadów w domach innych dzieci motywuje mnie do gotowania ponad standardy.

  • Milena

    GDY BYŁAM MAŁA, moja babcia gotowała nam zupę jagodową. Mój brat nigdy jej nie lubił, ale żeby babci nie było przykro szliśmy jeść do pokoju i ja ze smakiem zjadałam i brata talerz. Niestety babcia zmarła, gdy jeszcze nie interesował mnie przepis. Teraz jako dorosła osoba ugotowałam i zjadłam wiele talerzy tej zupy, jednak nigdy nie odnalazłam smaku tej pysznej babcinej jedzonej szybciutko

  • Renata

    Gdy byłam mała byłam strasznym niejadkiem. Nic mi nie smakowało. Tylko zupy mojej babci wcinałam na potęgę! Mama próbowała gotować jak ona, ale to nie bylo to. Już od 15 lat nie ma ze mną babci, ale smak jej zup pamiętam do dziś. Kilka lat temu poznałam chłopaka. kilka dni po zapoznaniu wpadł do mnie w porze obiadu, więc poczęstowałam go swoją zupką. Powiedział, że gotuję jak jego babcia i tak zdobyłam jego serce i jest teraz moim mężem. I niech ktoś powie, że zupa to tylko danie.

  • madziaaaaa1988

    gdy byłam mała nie znosiłam jedzenia zup.Moja babcia namiętnie i często je gotowała twierdząc że są bardzo smacznei zdrowe…wtedy zaczynały się ”cyrki”…Mała Madzia przy każdym jedzeniu zupy musiała mieć opowiadaną bajeczkę żeby tylko coś zjadła…no i takim sposobem nauczyłam się jeść zupy,z czasem nawet mi posmakowały a dziś nie wyobrażam sobie bez nich obiadu :)

  • Anuś

    Gdybyłam mała pyszną zupke w rodzinnym domku z cała rodzinka zajadałam. Teraz gdy już dorosłam to własną rodzinke do nowego domku przeniosłam i tam z nimi do stołu zasiadam i dalej pyszną zupką sie z bliskimi zajadam .

  • Justyna

    Gdy byłam mała, mamusia mi obiadki sprytnie gotowala,
    niejadek był ze mnie wielki, nie mogło być więc fuszerki.
    Mama znała więc sposobów tysiące, by robić zupki pachnące,
    może o tym nie wiecie, każda mama to najlepszy kucharz na świecie.
    Kto z was szczerze zna, że zupa wiele odmian ma?
    nigdy nie jest taka sama, to potrafi tylko mama.
    Zupy rodzaj, nazwa i odmiana, zależy od różnego upodobania,
    skupmy się więc na jednej osobowości, pomidorowa – do dziś najczęsciej na stole gości.
    Gdy byłam mała, tak pomidorowa królowała,
    nie jedna lecz przepisów wiele, zazdrościli mi jej przyjaciele.
    Raz był to ocean czerwony, krył długie gadzie białe ogony,
    innym znowu razem ale tak na niby, pływały w niej poskręcane wieloryby.
    Czasem mama ryżu sypała, i cała ławica rybek wtedy pływała,
    czasem inne zwierzątka zupę odwiedziły, swoje tajemnice w niej kryły.
    Nie jest to proste oczywiście, trzeba mieć do tego wyobraźnię rzeczywiście,
    każde dziecko pomysły ciekawe ma, potrafi je realizować tylko mama.
    Każdy rodzic chcąc dobra dziecka swego, wymyśli i tysiąc bajek koleżanko i kolego,
    nawet gdy tematem jest zupa, liczy się najedzonego dziecka uśmiech od ucha do ucha.
    Jeszcze niedawno było dla mnie bardzo śmieszne, jak o zupie można tworzyć opowieści pocieszne,
    dziś sama już jestem mamą i wiele bym dała, żeby wszystkie zupki chętnie zjadała moja mała.

  • Marta

    Gdy byłam mała uwielbiałam zupę ogórkową, którą przygotował mój dziadek :) Zawsze kiedy jem tą zupę mam w myślach błogie wakacyjne lenistwo, zapach ogrodu i dzieciącą beztroskę :) Ach! Co to były za czasy :)

  • Gdy byłam mała nienawidziłam zupy. Obojętniej jakiej czy pomidorowej czy ogórkowej. Pewnego dnia babcia zabrała mnie do schroniska znajdowalo sie ono przy kosciele, przychodzili tam ludzie bezdomni i dostawali jedzenie [obiady]. Zapytałam : “Babciu po co Ty mnie tu przyprowadziłas, przecież my mamy obiad w domu? “, babcia spojrzała na mnie i powiedziala ” Zobaczysz wnusiu”. Dookoła panował chaos, było głosno. Nie podobało mi sie tam. Wtedy widziałam oczami małego dziecka. Ludzie byli dziwnie ubrani, zgarbieni i wychudzeni. Chciałam jak najszybciej stamtąd wyjść. Nagle nadjechały dwa duże kociołki. Babcia wzieła mnie za ręke i podeszła do nich. Ludzie zerwali sie biegnąc w naszą strone, odrazu schowałam się za babcią. Pamiętam jej słowa ” Skarbie nie bój się, to są także ludzie zupełnie tacy jak my, ja czy Ty, oni Ci krzywdy nie zrobą wręcz przeciwnie”. Siostry zakonne brały telerze i nalewały do nich zupy, a biedni, chorzy ludzie podchodzili i zabierali z uśmiechem na twarzy. Babcia również nalewała zupy do talerzy i rozdawala innym osobom. Był to dla mnie magiczny dzień. Kiedy bezdomni zabierali jedzienie, i tak apetycznie je jedli nie mogłam napatrzec się na nich. Mialam wtedy 10 lat. W sercu rozpływalo się coś we mnie. Była wśród nich również, mała dziewczynka z mamą, kiedy babcia podawala jej talerzyk powiedziala “jest pani dobra jak chleb” moja babcia zaplakała w tym czasie, a ja nie wiedzialam o co chodzi, lecz z biegiem lat zrozumialam i również zaplakałam. Babcia powiedziała “Czyż to nie piękne popatrzeć na nich, widzisz wnusiu ile talerz zupy przynosi szczescia drugiemu czlowiekowi?” Odpowiedzialam: ” Ale babciu zupa jest nie dobra”, na to babcia: ” Kochanie bo jeszcze nigdy jej naprawde nie spróbowałas oraz nie poczułas prawdziwego głodu, taki talerz zupy ratuje tym ludziom życie, a Ty nie chcesz jeść jej bo uważasz ze jest niedobra, popatrz na tych biedaków są w stanie zrobić wszystko za talerz zupy”. Najbardziej utkwiły mi w głowie jej słowa. Od tamtego czasu zawsze jadłam na obiad zupy i wszystko co było naszykowane, starałam sie nie wybrzydzać. Przypominali mi się ci ludzie w schronisku ich radość gdy zajadali zupę. Ten dzień nauczył mnie bardzo wiele i wyciągnełam z niego wiele wniosków. Do dziś chodzę od czasu do czasu do tego schroniska radować sie z innymi oraz pomagać. Zawsze mam coś słodkiego dla małej dziewczynki której słów nie zapomne “jestes dobra jak chleb”. Teraz nie wyobrażam sobie obiadu bez zupy, przede wszystkim są one bardzo zdrowe! :) Ta historia jest oparta na moim doswiadczeniu, na faktach.

  • Justyna

    Gdy byłam mała przeżywałam traume związana z zupami w których znajdowały się marchewki.Fuuj.Do tej pory pamiętam siebie i siostrę jak rozczulamy się nad talerzami w toważystwie pilnującego nas taty.Znalazłyśmy sposób żeby uszczęśliwić tatę.Gdy tylko się odwracał ładowalyśmy marchewki do kieszeni.Wiem to dosyć obrzydliwe ale jakoś trzeba było sobie radzić.Obecnie uwielbiam marchewki w każdej postaci.

  • Gdy byłem mały nie lubiałem zupy,myslalem ze to wymemłane przez zwierzeta warzywa pływajace w wodzie. Od czasu kiedy skonczylem 18 lat w niedziele popoludniu nierozlacznie towarzyszy mi rosół bez ktorego pewnie dawno nie mialbym watroby

  • Joanna

    Gdy byłam mała, pomidorową z ryżem tylko jadałam :) Mogłam tą zupę wcinać przez tydzień cały, choć pomidory solo mi nie smakowały. Zupa jarzynowa mi nie podchodziła, więc mama bardzo rzadko ją w domu robiła. Tradycyjny rosół tolerowałam, ale specjalnie za tą zupą nie przepadałam. Poza tym, jak ognia żywego, bałam się kociołka kalafiorowego. Dziś zupy goszczą na moim stole, poznałam ich inne smaki, ale wciąż pomidorową najbardziej wolę :)

  • Gdy bylam mala lubialam tylko zypy.Jadlam je po 4,5 razy dziennie a teraz przeszlo to ze mnie na moja 2,5 letnia corke i nawet lekarz nie jest w stanie pomoc.

  • Agnieszka

    Gdy byłam mała… lubiłam tylko jedną zupę :) pomidorową z ryżem i musiała być tak gęsta, że łyżka staje. Gęstość była wówczas według mnie miarą smaku, im gęstsze tym lepsze:) Nie wiem skąd miałam taki pomysł, teraz już mi przeszło:D

  • Agata

    Gdy byłam mała uwielbiałam zupy, ale najbardziej smakował mi rosół. Pewnego dnia jedząc swoją ulubioną zupę poprosiłam (jako dziecko bardzo mięsożerne) o nóżkę z kurczaka, z którego mama wyczarowała tenże rosół. Po zjedzeniu nóżki poprosiłam o drugą nóżkę, niestety już jej nie było i mama poinformowała mnie o tym. Na tą odpowiedź moja reakcja była zaskakująca: “mamo to to był bocian?” :)

    Agata Geisler
    geisler.agata@gmail.com

  • Magdalena

    Gdy byłam mała, pewnego dnia siedząc przy stole z moją starszą siostrą, która była ubrana na galowo w białą, czyściutką bluzkę, pokłóciłyśmy się. O co nie powiem, gdyż było to ze dwadzieścia lat temu i nie pamiętam, ale z pewnością o lalki lub tego typu inne, ważne sprawy. Na nieszczęście jadłyśmy zupę. Barszczyk czerwony. Na przeciw siebie… Niewiele myśląc wzięłam miseczkę i chlup na piękną, bielutką bluzeczkę… Oczywiście krzyk, ciąganie za włosy, do pokoju weszła babcia. Uspokoiła nas, zaprała bluzkę, wszystkim się zajęła, ale ja zostałam bez zupy! Poszłam więc do babci i mówię, że chcę nową miseczkę…a babcia na to, że jak ja jej taką przepyszną zupkę marnuje, to już nie dostanę…taki smutny koniec historii. Do dziś uwielbiam barszczyk, szczególnie z uszkami i nie uronię już nigdy kropelki!

  • Magdalena

    Kiedy byłam mała zupa stanowił mój ulubiony posiłek.

  • Kacper

    Gdy myłem mały co roku jeździliśmy z rodzicami i bratem do ciotki i wujka na odpust. Po mszy i po obejściu kramów :D jechaliśmy do nich na obiad. Standardowo zupa i drugie danie, no ale zupa mi nie smakowała, bo ciotka miała bardzo starą zastawę i stare łyżki. I przez to niezbyt mi smakoała zupa… Na szczęście od kilku lat jest nowa zastawa i sztućce i wszystko jest przpyszne. :D

    kaco15@vp.pl

  • Agnieszka

    Kiedy byłam mała, bawiłam się wraz z młodszą siostrą w kuchni. W pewnym momencie którejś z nas wpadł do głowy pomysł, żeby sprawdzić, co znajduje się w przeogromnym (tak nam się wtedy zdawało) garze, który stał na włączonej kuchence. Oczywiście, nasze nieporadne i nieskoordynowane dziecięce ruchy spowodowały, że bardzo szybko przekonałyśmy się o zawartości garnka – naczynie przewróciło się i po podłodze rozlała się…grochówka! Na szczęście nic nam się nie stało. No, może mama trochę pokrzyczała, zgarniając pozostałości po zupie z podłogi. Co ciekawe, moja siostra od tamtej pory nie znosi grochówki, a ja ją wprost uwielbiam! Ciekawe, skąd ta różnica…

  • aga

    Gdy byłam mała babcia zupkę mi ugotowała. Hmmmm właściwie już oszukałam, bo nie ugotowała. Zrobiła a i owszem, ale nie ugotowała, bo była to zupa owocowa a jej się przecież nie gotuje. Zaczeło się od tego, że jako dziecko nie znosiłam klasycznych zup dla dorosłych, ale mimo to było mi przykro kiedy każdy coś jadł przed drugim daniem, a ja nie. Kochana babcia, żeby temu zaradzić przygotowywała mi zupki specjalnie dla mnie,duuuuużo owoców tam zawsze było, taaak owocowa zupa to jest to co kochałam i będę kochać.

  • Ola

    Gdy byłam mała, mieszkałam nad morzem,
    wśród plaż dzikich rosłam czy piękniej być może?
    Szum fal i śpiew ptaków budził mnie co rano,
    muszelki wzdłuż brzegu zbierałam wraz z mamą.
    Wieczorami w kuchennej siadaliśmy przestrzeni,
    by dać nowe życie ogrodowej zieleni.
    Szczypiorek, pietruszka i własne ogórki,
    jak mawiał mój Tata: “to lepsze niż trunki”
    To wszystko mieszane z bulionem i miłością,
    stawało się nagle żołądków radością.
    Zupy tej dziecinnej aromat wspaniały
    śni mi się po nocach, jak najlepsze specjały.
    Dziś sama gotuję, choć szum fal już nie słyszę,
    Nie raz mam ochotę przerwać tę ciszę.
    Lecz wtedy, gdy ogarnia mnie już smutek wielki,
    wyciągam swoim dzieciom te stare muszelki.
    Gdy tak hałasują i psocą, z muszelką za pan brat,
    moja zupa smakuje, jak za dawnych, pięknych lat…

  • Daria

    Gdy byłam mała, to najbardziej lubiłam zupę, którą robił mój tata – wodzionkę. Nawet nie wiem czy można nazwać to zupą, ale do dziś pamiętam jej smak: rosołek, duuużo czosnku i grzanki, mmm pycha :) To zawsze będzie mi przypominało tatę i dzieciństwo, jak będę miała dzieci to z pewnością pomogę im poznać ten wyjątkowy smak :)

  • Zuza

    Gdy byłam mała mogłam jeść zupy na okrągło. Na śniadanie, na obiad i na kolacje :) Mogłam jeść każdy rodzaj czy pomidorową, czy rosół, czy nawet ogórkową. Ale do tej pory mam jedną ulubienice ;) I jest to zupa cebulowa. Pamiętam jak w przedszkole na obiad podali akurat coś czego nie lubiłam (nie pamiętam już co to było :P) Więc gdy zjadłam pierwsze danie, poprosiłam panią kucharkę o dokładkę. A musiałam być bardzo głodna bo zjadłam (chyba) aż 5 talerzy zupy pomidorowej! Nadal nie wierzę jak to zrobiłam :P Gdybym mogła wtedy wybrać zupę, to byłaby to oczywiście cebulowa. :)

  • Sylwia

    Gdy byłam mała, zostałam okrzyknięta Mistrzynią Zup Naszego Podwórka. Potrafiłam przyrządzić różnokolorowe zupki z piachu, kwiatków, niejadalnych owoców, a nawet kamieni. Były to istne dzieła sztuki! Zachwycały się nimi wszystkie lalki i pluszaki, a moja dziecięca konkurencja z podwórka zazdrościła idealnego wyczucia “smaku”, boskiego wręcz podania potraw na starej studni służącej jako stół. Ach, nie miałam sobie równych! Do dziś trzymam w szufladzie dyplom Podwórkowej Komisji Kulinarnej za przygotowanie najpiękniejszej niejadalnej zupy:)

  • Henryka

    Gdy byłam mała, zupa całym światem mi się wydawała. Wpadałam z podwórka do domu i pytała czy już zupa gotowa. Pewnego dnia zniecierpliwiona mama odrzekła “będzie jutro”. To ja niewiele myśląc wybrałam się sama do babci (około 1km). Babcia zdziwiona, że ja przyszłam sama, zapytała czy mama mi pozwoliła, a ja na to “dałam mamie karę, bo dzisiaj nie ugotowała zupy”. Babcia zamiast mnie nakarmić, pomruczała, a mnie wzięła na rower i zawiozła do domu. A że była bardzo żartobliwa to powitała mamę słowami “zupy nie gotujesz, dziecka nie pilnujesz, to co ty robisz?!”. Przecież gotuję kapuśniak, jej ulubiony, tylko mam dosyć tego dopytywania, zupa i kiedy, i jaka, i tak codziennie. Uśmiały się i nazwały mnie kapuśniaczkiem, na co z kolei złościłam się ja, gdy podrosłam. Ale sentyment do zup pozostał a szczególnie do kapusniaku.

  • Karolina

    Gdy byłam mała mama gotowała zupę, lecz przez pomyłkę cały słoiczek soli do niej wsypała, niestety się nie zorientowała, zupy nie spróbowała tylko dziecku na obiad dała ( mnie !)
    Uraz z dzieciństwa tak ogromny, wytrzworzył u mnie odruch obrony, od tamtej pory maminej zupy nie tykam, tylko takie z torebek szybko i smacznie łykam :)

  • Asia

    Gdy byłam mała baardzo ale to bardzo nie znosiłam mleka, ale mój wujek który uwielbia mleko postanowił, że `Asia zacznie pić mleko!` i tak oto zaczął mi nalewać od 1/4 szklanki po kubek i oczywiście nie obyło się bez zupy mlecznej. Wlaliśmy do garnuszka mleko, babcia ugotowała makaron i przygotowaliśmy kanapki z dżemem i zajadaliśmy się ową zupą. Do tej pory uwielbiam mleko i wszystko z mlekiem :D Także może zupę mleczną? ZAWSZE :D

  • Klaudia

    Gdy byłam mała moją ulubioną ZUPĄ była ogórkowa wykonana oczywiście przez moją babcię. Tradycyjnie w każdy czwartek na pierwsze danie była ZUPA pomidorowa, w środę ZUPA ogórkowa natomiast w piątek ZUPA “śmieciowa” :). Zawsze pomagałam babci przygotowac pyszny obiadek. Dziś moja rodzina podziwia moje wspaniałe potrawy takie jak kapuśniak, pomidorowa…a najlepszą ZUPĄ dla nich stała się właśnie francuska ZUPA cebulowa!

    KONTAKT: klaudiajablonskax@gmail.com

  • Gabriela

    Gdy byłam mała, często nocował u nas brat cioteczny Patryk. Z tych chwil najbardziej zapamiętałam to, jak kiedyś mama ugotowała zupę pieczarkową, Patryś miał wtedy około 3 lal. Wszystkim zgodnie i sprawiedliwie mama nałożyła zupę, w takie same miseczki. Kiedy zjedliśmy, maluch krzyczy, że chce jeszcze, jednak nie pasowało mu jedzenie z talerza. Mama zdjęła mu z kuchni cały garnek zupy, a dzielny chłopiec złapał czerpak i jadł nim. Co śmieszniejsze łyżka do nalewania zupy była większa niż jego buzia. Posiadam nawet fotografię uwieczniającą tę zabawną chwilę.
    Podsumowując mogę stwierdzić, że zupa udała się mamie nadzwyczaj! :)

  • Paulina

    Gdy byłam mała słynęłam z tego iż byłam strasznym niejadkiem.Zdecydowanie bardziej wolałam pożywiać się słodkościami niżeli daniami sumiennie przygotowywanymi przez moją mamę.Któregoś dnia na obiad zawitała u nas nie dość,że ZUPA to i pomidorowa za którą w tamtym okresie życia zdecydowanie nie przepadałam (swoja drogą,nie wyobrażam sobie siebie teraz nie jedzącej zupy pomidorowej!).Moja mama była nieugięta i kazała siedzieć mi tak długo przy stole,aż talerz zupy nie zniknie.Warto wspomnieć,że cechowała się ona niesamowitą cierpliwością,a ja…niezwykłą upartością,niczym mały osiołek.Jednakże grzecznie siedziałam przy stole,obserwując jedynie tą zupę..to zajęcie zajęło mi sporo czasu i było na tyle nudne,że ZASNĘŁAM przy tym talerzu! Na szczęście obyło się bez zbędnej awantury,ale ja mała Paulinka byłam dumna ze swojego małego zwycięstwa-w końcu nie zjadłam tej zupy,a i zdążyłam przy tym uciąć sobie małą drzemkę :)

  • Joanna

    “Gdy byłam mała w domu gotowali Mama i Tata. Mama tradycyjnie a Tata z odrobiną fantazji… Jednak pewnego dnia Tata postanowił zrobić coś tradycyjnego i jak to się kiedyś robiło, od początku do końca samemu, bez żadnych półproduktów. Gotowanie owe skończyło się w tamtym dniu, moimi i mojej Mamy łzami nad talerzem flaków (Tata przekonywał, że pyszne i, że trzeba spróbować, żeby powiedzieć , że nie smakuje hehe) i smrodkiem z gotowania tego cuda, który został z nami na kilka dni a w pamięci na zawsze :) a w przyszłości nienawiścią do owej potrawy. Flaków nie jadam do dzisiaj i jest to jedyna zupa , którą wykreśliłam z jadłospisu – wszystkie inne uwielbiam ” Pozdrawiam serdecznie konkursotwórczynię i konkursouczestników :P

  • “Gdy byłam mała przytrafiła mi się pewna śmieszna historia.Kiedy mama była w szpitalu tata musiał gotować nam obiady.Raz pozwolił mi pomóc mu w kuchni.Miałam 10 lat kiedy przygotowałam pierwszą zupę.Była to jarzynowa.Marchewka,ziemniaki,kalafior,pietruszka,groszek to moje ulubione składniki do zupy jarzynowej.Oczywiście robiłam wszystko tak jak było w przepisie w zeszycie.Doszłam do momentu kiedy trzeba było wsypać Vegetę. Było napisane 2 Vegety. Oczywiście tego po 2 nie mogłam za Boga przeczytać ,więc domyśliłam się,że zapewne chodzi o 2 paczki Vegety. Tak też wsypałam.Po chwili zupa zrobiła się bardzo gęsta.Łyżka stanęła pionowo i ani drgnęła.Tata śmiał się a ja płakałam.Musieliśmy ugotować nową zupę.Teraz wiem ,że nie trzeba wsypać 2 łyżki Vegety a nie 2 paczki,ale cóz na błędach człowiek się uczy.”

    awen6@interia.pl

  • Robert

    Gdy byłem mały uwielbiałem weekendowe górskie wyprawy z moim tatą i bratem. Wyjeżdżaliśmy z mieszkania wcześnie rano i po paru godzinach byliśmy w naszych polskich górach. Szybkie śniadanie jedliśmy bezpośrednio przed wejściem na szlak. To były zazwyczaj wiktuały przygotowywane przez mamę – kanapki, czasem jakaś kiełbasa. Z głębin swojego plecaka tata wyciągał też Termos-W-Kwiatki.

    W mitycznym termosie, pamiętającym wycieczki do Bułgarii naszych rodziców jeszcze za Polski Ludowej, zamknięta była niezwykła moc gorącej herbaty. Szczególnie jesienią i wiosną taka herbata była cenna na szlaku. To był jeden termos, ten otwierany niejako na przystawkę.

    Był i drugi. Kiedy zblizała się pora obiadowa, a my byliśmy już zmęczeni wędrówką, przychodził czas na konkretniejszy posiłek. Rozkładaliśmy się wtedy z naszymi plecakami, a tata wyciągał Termos-W-Pszczoły. Kolejna pamiątka po siermiężnym PRLu, ale ten termos darzę ogromną czcią do dziś. Z niego, po otwarciu, unosił się zapach przygotowywanej przez moją mamę zupy.

    Zupa to była coś na co czekaliśmy na szlaku. Zupa to była obietnica ciepłego posiłku. Smaku domu pośrodku lasu. Zupa to było coś, co poprawiało nam humory, kiedy siąpił deszcz, ablo wiał przenikający do szpiku wiatr.

    Zawartość drugiego termosa była też w jakimś stopniu niespodzianką. Wiedzieliśmy z bratem, że jest w nim zupa, ale jaka? Robiliśmy z tego zabawę na szlaku. Robiliśmy zakłady (obstawialiśmy szyszki, pióra i inne znalezione skarby), próbowaliśmy wyciągnąć tę informację od taty… Kiedy już tata otwierał termos, emocje były w zenicie – czy zaraz przegram ten piękny kawałek kwarcu znaleziony na szlaku bo obstawiłem pomidorową, a mój brat odgadł, że to rosół?

    Po chwili wszystko było jasne. Nawet jeśli nie odgadłem to i tak byłem zachwycony. Czy może być coś piękniejszego po wędrówce niż ciepła grzybowa? Pomidorowa? Rosół? Cebulowa? Dyniowa? Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność. Zupa dodawała nam sił i energii. Byliśmy gotowi na dalszą drogę i przygody.

  • paulina2157

    NA WESOŁO :)
    Gdy byłam mała i ząbkowałam mama zupy zwane zupami krem mi gotowała, a mojej siostrze wypadły mleczaki więc razem takie zupki wcinałyśmy.
    Rodzice jak to rodzice ubytki w uzębieniu mieli więc te zupy też chętnie jedli.
    Dziadkowie szkoda mówić- zęby wyjmowane do szklanki wkładali do jedzenia o nich często zapominali więc innych zup jak zupy kremy również nie jadali.

    kontakt paulina2157@vp.pl

  • Ewelina

    Gdy byłam mała porą zimową z tatą biegałam drogą z przedszkola wprost do domu po zaśnieżonych trawnikach. A w domku już na mnie czekała zupa gorąca pięknie pachnąca. Razu pewnego gdy mrozik ściął pobliskie kałuże i przykrył grubą pokrywą śniegu biegła na oślep i trach … pech chciał że upadłam nie boga i skaleczona moja lewa noga. A to mnie niesie na górę. Mama odgrzewa żurek. Lecz ja się tak płaczem zanoszę i do dziś żurku nie znoszę.

  • Aleksandra

    Gdy byłam mała bardzo nie lubiłam zupy grzybowej. Ponieważ mama nie dopuszczała jeszcze do siebie tej myśli, że można nie lubić zupy grzybowej uparcie stawiała przede mną parujący talerz ilekroć zupa była w naszym jadłospisie. Aby mnie wspomóc w zupowej niedoli mój starszy brat wpadł na pomysł aby mi znienawidzoną zupę… osłodzić… I tak kiedy oko rodzicielki było odrobinę mniej czujne, w moim talerzu lądowały kopiaste łyżki stołowe cukru, dzięki czemu zupa była zdecydowanie bardziej jadalna :) Z czasem mama przestała robić grzybową, która cieszyła się średnim powodzeniem a o historii z cukrowym fortelu dowiedziała się po latach :)

  • Melania

    Gdy byłam mała nie lubiłam zup. Pamiętam, że kiedy tylko mama się odwracała lub na chwilę wychodziła brałam zupę i wlewałam ją spowrotem do garnka. Zazwyczaj wychodziło. Pewnego dnia jednak musiało się wydać. Pewnie dlatego, że mama zdziwiła się, że w rosole pływały kluski. O tym nie pomyślałam:)

    Emilia Rolak
    Zemborzyce Tereszyńskie 40
    20-515 Lublin

  • KINGA

    Gdy byłam mała pomysłów miałam co nie miara!
    Przeczytajcie tą historię, a będzie ciekawie!
    Rodzice do dziś wspominają to przy kawie.
    Miałam wtedy zaledwie 4 lata,
    A tego sprytu nauczył mnie tata!
    Pewnego razu, gdy byłam mała,
    Rozchorowała się w domu rodzinka cała.
    Chciałam im pomóc, żeby się nie męczyli
    I zupę zrobiłam chcąc by się ucieszyli!
    Najlepszym pomysłem był ciepły rosołek
    Więc postawiłam przy kuchence duży stołek
    Wspięłam się na niego po cichu, by nie robić hałasu
    Wstawiłam garnek z wodą-a było już mało czasu…
    Dodałam marchewkę, pietruszkę i seler
    Lecz pozostał jeden, poważny feler
    Skąd wziąć kurczaka mając cztery lata?
    Poleciałam do pokoju zapytać brata!
    “Na dworze jest kura” – takie były jego słowa.
    Więc poszliśmy po nią- mimo, że była gumowa.
    Nie widząc w tym jednak problemu żadnego
    Wrzuciliśmy ją szybko do garnka tamtego!
    Podczas mieszania zupa zrobiła się tęczowa,
    Bo gumowa kura była bardzo kolorowa.
    Smutne były jednak nasze miny
    Gdy na nic się zdały te kulinarne wyczyny.
    Bo mimo, że rosół był piękny i kolorowy
    Że jest niezjadliwy nie przyszło nam do głowy.
    Tak się skończyło nasze gotowanie,
    Na lata w pamięci to jednak zostanie!

    mail – kingolka@gmail.com

  • Patrycja

    Gdy byłam mała uwielbiałam jeść zupę pomidorową. Jednak któregoś dnia po prostu nie miałam ochoty jej jeść, nikt nie mógł mnie do tego zmusić, no i znalazł się bohater którym był mój wujek. Zawsze pewny siebie stwierdził, że jak to on sobie nie da rady. No i zaczeło sie : samolociki, proszenie, obietnice no i coś mnie przełamało i otworzyłam buzie pochłaniając łyżkę zupy. Wujek w tym momencie sie zaśmiał i powiedział, że wystraczył mały podstep i zaczełam jeść a ja w jednej chwili gdy tylko wypowiedział te słowa całą zawartość buzi wyplułam na niego. Tą historię znam tylko z opowieści mamy :)

  • Kinga

    Gdy byłam mała to:
    – przyjaźniłam się z drzewem. Przesiadywałam na nim godzinami i mówiłam do niego. Podczas burzy niestety się złamało.. bardzo płakałam.
    – Wierzyłam w krasnoludki, za które podszywały się moja siostra i mama. Pisały do mnie małym druczkiem listy i zostawiały mi prezenty.
    – Chciałam zostać w przyszłości policjantką albo złodziejką.
    – Znałam imiona prawie 200 moich zabawek
    – będąc z rodziną w stajni wzięłam do ręki końską kupę i trzymając w ręku powiedziałam -Ooo zobaczcie siano. A brat, siostra, mama tata się zaczęli ze mnie śmiać i mi wmawiali że to kupa a ja byłam przekonana że to siano i w końcu rzuciłam to i się popłakałam haha

  • olamisia

    “Gdy byłam mała (…) miałam strasznego pecha. Pewnego lata “gotowałam”z kuzynkami “zupę” :) Niestety bawiłyśmy się na budowie ich nowego domu,a nie w prawdziwej piaskownicy. W garnku z moją zupą było mnóstwo mokrego piasku, kwiatki, kamienie (czyt. ziemniaki, hihi) i inne smakowite dodatki. Już miałam rozlewać “zupę” do talerzy, podniosłam garnek i… przeważył mnie. Pociągnął do ziemi i uderzyłam głową o stojącą nieopodal taczkę :( Rana nie była bardzo groźna, ale komisja w składzie: ciocia, mama i sąsiadka orzekła, że: “nadaje się do szycia… ” Pojechaliśmy na pogotowie, a tam straszliwie długo czekaliśmy na swoją kolejkę. Po powroce do domu ( mineły dobre 4 h ) umierałam z głodu… Do dziś pamieam co było na obiad ! Najpyszniejsza na świecie pomidorówka z ryżem ! Pamiętam jak siedzę z opatrunkiem na głowie i wiosłuję łyżką do buzi. Ciocia stwierdziła, że “nic mi nie jest”, a wręcz coś mi musieli ponaprawiać w głowie skoro ja niejadek tak wcinam ZUPĘ :)

  • Gdy byłam mała, moja jeszcze mniejsza siostra każdą zupę doprawiała… keczupem! Nie mogłam na to patrzeć, ale wspomnienie talerza pomidorwej z keczupem – bezcenne ;-)

  • Gdy byłam mała zupa z rodzaju wszelakich była moją zmorą. Wiadomo – dzieci lubią to, co nie zdrowe i na pewno nie zjedzą tego, co wpycha się im na siłę. Tak więc trzecie z kolei na cztery dziecko wzięło i się zbuntowało. Mało? Trzecie dziecko powiedziało również, że ono w tym domu mieszkać nie będzie. Bo ciągle zupy! Zupy! Zapakowało więc starannie swój mały tobołek, dorobek całego, zaledwie sześcioletniego życia i wyprowadziło się do swojej ukochanej cioci, oddalonej o jeden płot. Tu przygoda mogłaby się skończyć, ale byłoby nudno. Otóż dziecię zakochane po uszy w swej cioci, która nie ciągnie włosów podczas czesania (!!!) podała dziecku na obiad … zupę. Trzecie dziecko utkwiło przerażone ślipka w ukochanej cioci, a myśli kotłowały się w małej główce. I tu nastąpiło coś nieoczekiwanego: wszyscy zasiedli do stołu, każdy wziął SWOJĄ łyżkę i jadł ze SWOJEGO talerza SWOJĄ buzią!!! Nikt nie zmuszał dziecka do jedzenia! Co więcej – nikt nie zwracał uwagi na to, czy dziecko je, czy śpi, wymieniając między sobą komentarze dotyczące zupy. A była to zupa z buraków – nie taki zwykły barszcz. Taka zupka z idealnie pokrojonym w kostkę burakiem. Z marchewką. Z czosnkiem. I z cudownie kremową śmietanką od Mućki, która pasła się za domem. To, co wydarzyło się później zaskoczyłoby nawet najodważniejszego dzieciaka na wsi. Dziecko trzecie skosztowało zupę. SAMO. Nawet nie zauważyło chytrego uśmiechu cioci. A kiedy po obiedzie ciocia zapytała czy smakowało, dziecko potwierdziło (licząc na kolejną miseczkę). A wtedy ciocia powiedziała, że ona zawsze ma problem z doprawianiem zup do smaku. Bo najlepsze zupy zawsze robi … mama tegoż dzieciątka. Cóż miało począć – pobiegło do domu, o tobołku zapominając. Ciocia poradziła mamie co zrobić, by jadło samo – ze smakiem. Po dziś dzień na imprezach rodzinnych wspominana ze śmiechem jest ta historia, u mnie zaś z rumieńcem na obliczu. Ale zupki kocham, wszelakie, do dziś :)
    PS. Może oprócz grochówki ;)

  • jastaszek

    Gdy byłam mała, a na dworze padał śnieg, ja właśnie wracałam ze szkoły. Małej, wiejskiej, położonej na uboczu wsi. Przedzierałam się przez zaspy, co chwila wpadałam w śnieżny puch, przewracałam się. Śmiechu miałam przy tym co niemiara. Kiedy na horyzoncie majaczył mój dom i widziałam dym idący z komina wiedziałam, że mama stoi właśnie przy kuchni i gotuje dla mnie zupę. Nie pomidorową, nie rosół, nie rozgrzewający krupnik. Mama zimą zawsze gotowała dla mnie zupę… owocową. Miała piękny różowy kolor. Pachniała jabłkami, czereśniami i śliwkami. I w tej mojej zupie pełno było tych owoców. Skąd? Ze spiżarni i ze słoika. Latem mama pieczołowicie zbierała owoce, w czym ochoczo jej pomagałam. Wekowała i równiutko stawiała na półce w spiżarni. Wszystko po to, bym zimą mogła zjeść owocową zupę z kluseczkami własnoręcznie zrobionymi przez mamę.
    Teraz też za oknem pada śnieg. Jak się będę wybierała do mamy w odwiedziny poproszę ją o zupę owocową. Bo ja dorosłam, do szkoły już nie chodzę, ale zupę owocową nadal chętnie zimą jem.

    jola834@o2.pl

  • Monika

    Gdy byłam mała czesto bawiłam się z bratem w gotowanie obiadów . Najczęściej były to zupy z trawy, liści, kwiatów i dżownic. Teraz już takich zup nie gotuje, choć czasem strasze męża że do zupy dodałam kilka dżownic i pająka do smaku ;)

  • Anita

    Gdy byłąm mała… moja babcia gotowałą zupę… szczawiową! Pamietam jej smak do dzisiaj, mimo tego, że ostatnio jadłam ją z 10 lat temu!:)

  • Justyna

    Gdy byłam mała nienawidziłam zup z ziemniakami – ziemniaki pokrojone w kostkę i ugotowane w wywarze po prostu mnie przerażały. Owszem zupy takie jadałam, ale mama zawsze wyjmowała mi ziemniaki. Chodziłam do prywatnej szkoły, gdzie dostawaliśmy posiłki przygotowane na stołówce. Zawsze pilnowała nas wychowawczyni, która wiedziała, że nie lubię ziemniaków i pozwalała mi je zostawiać. Pech chciał, że kiedyś się rozchorowała i pilnowała nas inna Pani, która nie była tak tolerancyjna – płakałam, tłumaczyłam ale ona i tak kazała mi zjeść zupę z ziemniakami. Nie miałam wyjścia zjadłam. Pani była bardzo zadowolona, jednak dobry humor minął gdy zwymiotowałam na jej sukienkę. Następnego dnia nie musiałam już nie zmuszała mnie do zjedzenia całej zupki ;) Odziwo teraz lubię zupy z ziemniakami :)

  • agata.warka@interia.pl

    Gdy byłam mała jadłam pyszną zupę mleczną zrobioną przez moją babcię i oglądam przy jej jedzeniu domowe przedszkole :-) Ach… fajnie powspominać :-)

  • wera07

    Gdy byłam mała obiady jadałam w szkolenej stołówce, gdyż rodzice zostawali do późna w pracy. Zazwyczaj posiłki nie były złe, ale jednak do domowych trochę im brakowało ;). Jednak zawsze w piątki chodziłam do babci na pomidorówkę. To była miła odmiana, gdyż babcia zawsze przygotowywała ją z dużą ilością ryżu, marchewki i aromatycznych przypraw. Teraz, nawet po latach jej smak przypomina mi się zawsze, gdy próbuję jakiejś zaupy pomidorowej, ale jak dotąd żadna jeszcze nie dorównała tej babcinej.

  • Erivan

    Gdy byłem mały miewałem naprawdę szalone pomysły. Zazwyczaj związane były one z moją awersją do niektórych potraw (szczególnie tych warzywnych). Zdarzało mi się upychać marchewkę w butach, albo sałatę pod obrusem, ale przeszedłem samego siebie kiedy pewnego dnia mama podała zupę jarzynową z obfita porcją brukseli. Wiedziałem, ze zjeśc tego nie zdołam, gdyż juz na sam widok tej potrawy moje gardło zweciło się do rozmiarów ucha igielnego. Postanowiłem więc działać! Skorzystałem z okazji kiedy moja rodzicielka udała się do kuchni i wrzuciłem do talerza z zupą małą petardę. Niestety mama nie uwierzyła moim tłumaczeniom, jakoby brukselka eksplodowała kiedy próbowałem przekroić ją łyżką. W konsekwencji musiałem posprzątać cały zachlapany zupą pokój (cud, że ocalał talerz!) no i oczywiście mój tyłek nie zaliczył tego popołudnia do udanych. Dobrze, że miałem tylko petardę małego kalibru, bo kto wie co stałoby się gdyby w moje rece wpadł cięższy sprzęt.
    PS. Zupy jarzynowej nie lubię do dzisiaj!

  • donpedro9

    Gdy byłem mały, oczy mi się śmiały
    Do taty, do mamy, do brata
    Do całego świata
    śmiech wczorajszy
    wraca dziś do mnie na tarczy,
    krok w dorosłość obnażył,
    straszne świata obrazy

    Dziś żar w oczach na nowo ożywa
    mama do stołu nakrywa
    łyżka zupy gorącej
    z tych,
    co to wiążą koniec z końcem.
    Smakiem beztroski smakuje,
    znów dzieckiem się czuje

  • ewelka

    Gdy byłam mała chyba jak większość dzieci za zupką nie przepadałam.
    Gdy mama zupę nalewała tylko czekałam aby nie patrzyła
    raz do buta tacie nalałam, drugi raz za kaloryfer wlałam
    czasem zupą kwiatki podlewałam
    raz gdy mama z kuchni wyszła
    smak zupy poprawić chciałam
    więc moje ulubione składniki do niej dodałam
    cukier, dżem i kakao po wierzchu pływało
    wiele kombinacji stosowałam
    abym zupy jeść nie musiała
    Wszystkie te kombinacje szybko na jaw wychodziły
    mama nie miała już do mnie siły.
    Lata mijały, a wraz z nimi wstręt do zup,
    zupy polubiłam
    A DZIŚ DZIEŃ BEZ CIEPŁEJ ZUPY TO DLA MNIE DZIEŃ STRACONY

    kontakt : ewelinastrzabala@wp.pl

  • wojciechxtrice

    Gdy byłem mały byłem strasznym niejadkiem. Zjedzenie kanapek czy obiadu przeradzało się w długie godziny. Rodzice nieraz tracili cierpliwość już do mnie, a nie wolno mi było wstać od stołu dopóki nie skończyłem.
    Pewnego razu toczyłem wielogodzinną batalię z zupa pomidorowa, oraz krzykami i ponagleniami matki.
    W pewnym momencie matce puściły nerwy, i wcisnęła mi głowę do talerza z zupą.
    Tylko mogę sobie wyobrazić jak taki zapłakany musiałem wyglądać z resztkami czerwonej zupy na twarzy i kawałkami makaronu.
    Często to ze śmiechem wspominamy:D

    (@- wojciech_trice@o2.pl )

  • Gdy byłam mała, to uwielbiam… ba! – ubóstwiałam zupę pomidorową! Byłam klasycznym przykładem dziecka nieznoszącego warzyw w dowolnej postaci, za wyjątkiem ziemniaków podawanych do obiadu. Nie sposób było przemycić marchewkę czy selera w zupie ogórkowej, nie było takiej możliwości, abym nie odnalazła w żurku strzępków pietruszki czy mikroskopijnego kawałeczka buraka w barszczu. Co więc mieli zrobić moi Rodzice, którzy wychowali mnie w tradycji obiadów złożonych z dwu dań tj. zupy i drugiego dania? Oczywiście z wiekiem – i ich wiekiem, i moim;) – odeszliśmy od tej tradycji na rzecz jednego, niemniej tradycja zaszczepiona w dziecku być musiała!

    “Agatko! Jaką byś zjadła zupę na weekend?”, słyszałam to pytanie setki razy, zmieniały się tylko końcówki. Ze słowa “weekend” robiła się “zupa na niedzielę”, “zupa na poniedziałek”, “zupa na piątek i może zostanie na weekend” itd.
    “POMIDOROWĄ!” odkrzykiwałam zawsze.
    “A może rosołek?”, “A może ogórkową”, “Może jarzynową? Obiecuję, że nie będzie dużo warzyw!”
    “Ja chcę POMIDOROWĄ, a sobie róbcie jaką chcecie” – strzelałam focha, a Tatuś posłusznie szedł i szykował mi zupkę. Z biegiem lat rzeczywiście Rodzice – znudzeni niekończącą się pomidorową, która zmieniała się tylko zależnie od tego, czy była gotowana na koncentracie czy prawdziwych pomidorach – zaczęli gotować dla siebie inne zupy, dla mnie zawsze stał w lodówce wielki gar (naprawdę wielki…) pomidorowej, zabielanej oczywiście, śmietanką. Mój rekord wynosił 22 dni jedzenia zupy pod rząd. Zmieniały się tylko “wypełniacze”:

    “Agatko? Z czym chcesz zupę? Z ryżem, makaronem, ziemniakami, grzankami czy lanymi kluseczkami?”

    Po pierwszym pobycie w Tatrach, gdzie poznałam smak pomidorowej OD RAZU gotowanej z ryżem, rozsmakowałam się w jej smaku i przez dłuższy czas moja odpowiedź brzmiała: “Ugotuj od razu z ryżem”. Wpadałam wtedy w ciąg i kolejnych kilka dni jadłam ją bez krzty znudzenia:)

    Duży garnek przeważnie wystarczał na 7 dni – o ile nikt mi nie wyjadał mojej zupki! Wtedy Tata – bo to on głównie dla mnie gotował – przychodził z kolejnym, retorycznym jak pokazywało życia pytaniem:
    “Agatko, jaką ugotować ci zupę?”

    :-)

  • Krystyna

    Gdy byłam mała zawsze u babci obiadki jadałam. Babcia smaczne zupki gotowała i ta miłośc do nich mi została! W moim domu zupa co dzień gości, bo to przejaw młodzieńczej miłości.

  • karolina27

    Gdy byłam mała, prawie każdą niedzielę jeździliśmy do dziadków na obiady. Ubieraliśmy się odświętnie. Wszyscy przybywali wcześniej i szło się na spacer, potem był obiad, który przeciągał się prawie cały dzień. Na stole tradycyjnie królował rosół z kury z hodowli dziadków z własnoręcznie robionym makaronem, który gotowała moja babcia. Letnią tradycją było przyrządzenie chłodnika litewskiego z botwinką, ale mało czerwonego, bardziej kwaskowatego z ogórkiem. Wspólny gorący posiłek był bezpiecznym miejscem, w którym nie tylko zaspokajało się głód, ale też potrzebę bliskości, snuło się rodzinne plany i wspaniałe historie z przeszłości. Smak aromatycznego rosołu zawsze będzie mi się kojarzył z radością wynikającą ze wspólnego rozwiązywania problemów i podejmowania decyzji. Chwile te należą do moich najpiękniejszych i najbardziej żywych wspomnień. Słowem: zupy, a zwłaszcza domowy rosół syci nie tylko ciało, ale i duszę.

    karolina2701@onet.eu

  • Oktawia

    Gdy byłam mała wybrałam się z rodzicami w odwiedziny do dziadków którzy mieszkają w Niemczech. Jako, że dziadkowie niezbyt lubili mojeg o ojca ten był podczas. Całego pobytu bardzo zestresowany. Jako, że jest też niezdarny zdążył już potrzaskać umywalkę i zarwać sedes. Najgorsze miało jednak nadejść. Podczas obiadu mój znerwicowany ojciec upuścił na ziemię łyżkę a kiedy się po nią schylił włożył głowę do gorącej zupy. Miny dziadków bezcenne …

  • pawel57

    Gdy byłem mały miałem duże kłopoty z wymową niektórych spółgłosek zamiast “r” mówiłem “l” zamiast “z” “d” zamiast st “ś” itp. Ta historia przydarzyła się w naszej rodzinie i jest bardzo często wspominana, ja jej nie pamiętam ale opisze ją z relacji.
    Rodzice zabrali mnie do cioci która robiła jakieś przyjęcie dla swoich znajomych wszyscy siedliśmy przy stole ciocia podała wazę z zupą i każdy zaczął sobie nalewać. Byłem za mały więc na cały głos powiedziałem “ciociu daj mi d…upy” wszyscy oniemieli rodzice purpurowi ciocia też przybrała czerwony kolor na twarzy po chwili oczywiście każdy śmiał się do łez, ale ja teraz po tylu latach nie jestem w stanie spojrzeć cioci w oczy, za ta zupę.
    pawel2157@interia.pl

  • Danka

    Gdy byłam mała, to zupy wcinałam :-).

  • Monisia

    Gdy byłam mała, moja mama wyjechała z bratem na kilka dni nad morze na wczasy, a ja zostałam z moim tatą, który niewiele się znał na gotowaniu. Ja oczywiście nigdy nie przepadałam za zupami, wolałam makarony, ryż, gołąbki czy też inne mięsiste i mączne dania. No i nadszedł ten dzień, w którym mój tatuś postanowił, że dziś pora na ZUPĘ i to nie byle jaką – grzybową, której do tej pory nie miałam okazji nigdy spróbować. Dostałam solidną porcję, wielki talerz zupy w której nie bardzo widziałam grzyby, a której kolor przypominał mi brudną wodę. Zamieszałam łyżką i wzięłam pierwszą porcję. I na tym się skończyło, bo stwierdzilam, że nigdy nie jadłam nic gorszego, że to najgorsza zupa na świecie! Co ciekawsze mój tata się ze mną zgodził. Powiedziałam mu wtedy, że mama lepiej od niego gotuje, a on że myślał, że z torebki będzie dobra. Niestety ten zupowy “torebkowy” szał nie zrobił na mnie dobrego wrażenia:) Ale co bądź postanowiliśmy, że nie powiemy o tym mamie i zachowamy zupową tajemnicę dla siebie:)

  • Renata D.

    Witam!
    Gdy byłam mała kuchnia była moim ulubionym pomieszczeniem w domu, a nawet zostało tak do dziś. :) Od najmłodszych lat pomagałam mamie w kuchni jak tylko mogłam. Pamiętam, że jako mały bombel rozkładałm się na kocyku w kącie, i urządzałam moim lalkom Barbie zabawę w restauracje. Zabierałam mamie naparstki, nalewałam do nich herbaty i udawałam, że lalki robią sobie przyjęcie.
    Kilka lat później pożuciłam lalki i zaczęłam zabawę z krojeniem warzyw do obiadu. Oczywiście nie obyło się bez ran, ale byłam dzielna i się nie poddawałam. :) Zawsze chodziłam z mamą na działkę za domem po świeże warzywa. Wykopywałyśmy marchew, pietuszkę, selera i pora, kilka ziemniaków, pęczek botwinki. Po drodze wchodziłyśmy do kurnika i zbierałyśmy jajka od kur. Po przyjściu do domu wszystkie warzywa myłam i szykowałyśmy zupę – botwinkę. Uwielbiałam kroić liście botwinki, a buraczkami farbowałam sobie usta i policzki i udawałam “dorosłą, elegancką panią”. Marchewki wolałam chrupać niż kroić dlatego mama zawsze mi je zabierała zanim wszystkie zjadłam. Pokrojone warzywa wrzucałyśmy do garnka, zalewałyśmy wodą i się gotowało. Ja oczywiście nieustannie stałam nad garnkiem, tzn. siedziałam na blacie kuchennym i mieszałam łyżką zupę. Po kilkudziesięciu minutach mama doprawiała zupkę – zawsze wtedy myślałam, że dosypuje do niej wysuszonych pokrzyw. Wiem, głupie myślenie małej dziewczynki. :)
    Mama nalewała na miseczki zupę, nakładała łyżką kleksa śmietany i pokrojone na ćwiartki jajko na twardo, posypywała pokrzywami (pietruszką) i całą rodziną siadaliśmy na tarasie do obiadu. Bardzo lubiałam te nasze wspólne gotowanie i jedzenie.
    Teraz też często gotujemy razem, mama robi najlepszy makaron pod słońcem, a ja (podobno) dobrze doprawiam zupy, ale nie pokrzywami. :)
    Pozdrawiam serdecznie!
    Renata D. – sheyla888@op.pl

  • Albert

    Gdy byłem mały zupy jadałem,
    Ba! Ja w zupach po prostu się zakochałem,
    pomidorowa i smak słonecznych pomidorów
    sprawcą dobrego była humoru!
    Ogórkowa z lekko kwaśnym posmakiem
    zjadałem kilka porcji ze smakiem!
    Aromat pysznego babci rosołu
    sprawiał, że cieżko odejść od stołu.
    A teraz, gdy lata już swoje mam
    to o rodzinę swoją też dbam
    i zawsze gotuję zupy wspaniałe,
    zachwycając rzesze znajomych całe,
    rodzince dając mnóstwo radości,
    gdy jakiś smakołyk na stole mym gości!
    Ostatnio zupy francuskiej poznałem smaki
    i wiem, że to smakołym nie byle jaki,
    bo każdy z bliskich się nim zachwyca
    ta zupa z Winiar ma światowe oblicze!

  • zabajka

    Gdy byłam mała, z racji tego, że mama wychowywała mnie sama, a zwykle pracowała na drugie zmiany, bardzo często lądowałam u cioci na tzw. “służbie” (takie określenie padało u nas w domu na pilnowanie cudzego dziecka). Strasznie lubiłam tam przychodzić, ponieważ mogłam do woli szaleć na podwórku z dwoma starszymi kuzynami, bawić się z psem i zajmować kurami i małymi kurczaczkami, co było dla mnie wtedy najlepszą rozrywką. Kuchnię cioci też bardzo lubiłam, poza jednym wyjątkiem. Mianowicie chodziło tu o krupnik. Była to zupa, której moja mama nigdy nie gotowała, więc najzwyczajniej w świecie nie znałam tego smaku. Problem polegał tylko na tym, że z wielkiej sympatii do owej cioci, a także z faktu, że byłam wtedy bardzo grzeczną dziewczynką, nie potrafiłam na głos powiedzieć, że krupnik mi nie smakuje, bo oczyma wyobraźni widziałam jak cioci Jadzi robi się smutno. Tak więc każda łyżka tej zupy była dla mnie niemałą katorgą, a mimo to dzielnie ją pochłaniałam bez mrugnięcia okiem, błagając w myślach, by kolejnego dnia było już inne menu. Ciocia nigdy nie poznała się na mojej niechęci do krupniku, a ja swoją tajemnicę batalii, które ze sobą w dzieciństwie stoczyłam wyjawiłam mamie dopiero, kiedy byłam już podlotkiem i któregoś razu wspominałyśmy czasy mojego dzieciństwa i “służb” u różnych cioć. Mama była w dość dużym szoku, że moja nadmierna grzeczność sprawiła takie cuda i w sumie obie stwierdziłyśmy, że to bardzo dobrze, że trochę się z niej wyleczyłam i pokonałam też swoją nieśmiałość. A krupniku nie znoszę do dzisiaj i chyba już nie będzie mi dane go polubić.

  • Agata Waksmundzka

    Gdy byłam mała to zup się bałam.
    Z zupą często się rozstawałam.
    Ja po prostu do zup za nic przekonać się nie chciałam.
    Zupa była moim wrogiem:
    w domu, u dziadków, w szkole.
    Na zupy patrzeć nie mogłam,
    ale nie chodziłam głodna.
    Zjadałam wszystko jak leci,
    lecz miałam swoje zdanie:
    zupa nie jest dla dzieci!
    Mama na mnie palcem kiwała,
    nie jeden raz na mnie nakrzyczała
    a to wszystko dlatego że ja zup jeść nie chciałam.
    Na hasło ‘zupa’ zawsze wymówek miałam sporo:

    …od cebulowej oczy mnie bolą
    …ogórkowa jest za kwaśna
    … po pomidrowej jestem za grubaśna
    … od grochówki pyrkoczę
    …żę co? że krupnik??? przecież ja krupniku nie znoszę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    I tak lata mijały wraz z moimi upodobaniami.
    Aż przyszedł czas i nastały wielkie zmiany.
    Od tak po prostu wyszło samo z siebie,
    polubiłam zupy i teraz się z tego cieszę.
    Bo gdybym w ogóle zup nie jadała,
    byłabym niedowitaminowana.
    Krupnik to dla mnie zupa numer 1,
    gotuję go często a smakuje jak w niebie!
    Kocham zupy w każdej postaci,
    dzięki zupom wiele się zyska a nie traci:)

    Pozdrawiam modliszka201@wp.pl